Inne tańce
|
Subiektywny przewodnik po Buenos Aires
według Moniki i Tomka.
Buenos Aires leży na półkuli południowej. Na południu wszystko jest tak samo jak na północy, tylko na odwrót.
Dostajemy do wypełnienia kartkę rodem z PRL (władza lubi wszystko wiedzieć). Wpisujemy dane osobowe, numer lotu, adres pod którym będziemy przebywać w Argentynie. Ustawiamy się w kilometrowej kolejce (godzina z głowy), odpowiadamy na kilka pytań przy odprawie, kartka ląduje na stosie z tysiącem podobnych, przechodzimy (przy wyjściu!) przez bramkę bezpieczeństwa i – już w ciężkim szoku – nareszcie zostajemy wpuszczeni do kraju Gardela. Przy wylocie wypełniamy taką samą kartkę oraz płacimy myto wyjazdowe o równowartości 18 dolarów amerykańskich (płatne w dolarach, euro, peso lub kartą). Turysta musi pamiętać, aby nie wydać wszystkich pieniędzy przed wyjazdem. A jest na co.
O mieście ogólnie: BA jest miastem kontrastów. Skręcamy z wyglądającej europejsko (ok, prawie:) ulicy za róg i znajdujemy się w trzecim świecie (łamane na czwartym). Są tu piękne, robiące wrażenie miejsca i przykłady fantastycznej architektury, ale pomiędzy tymi miejscami brud i totalne zaniedbanie. Chodniki dziurawe, krzywe i brudne (żadna kobieta nie chodzi na wysokich obcasach, te które chodziły jeżdżą pewnie na wózku), śmieci są wystawiane w workach bezpośrednio na ulice, a jak się worek rozerwie, to trudno, papiery walające sięi fruwające wszędzie, psie kupy na każdym kroku i każdej podeszwie. Piękna dzielnica Puerto Madero jest, w sensie dosłownym i przenośnym, wyspą. Po drugiej stronie skali mamy slumsy. Apartamenty sąsiadują w BA z brudnymi wejściami do sklepów, eleganccy portierzy stoją na chodnikach obok meneli, uliczni sprzedawcy tandety siedzą przed eleganckimi butikami, tango przebija się nieśmiało przez wszechobecny, niewyobrażalny dla Warszawiaka hałas. Tłucze się niemiłosiernie kolejka, trąbią klaksony (chociaż korek się ciągnie i nic trąbienie nie pomoże, to każdy macho musi sobie zatrąbić), dzwonią przejmującym dźwiękiem dzwonki przy wyjazdach z parkingów, wrzeszczą uliczni sprzedawcy, trzeszczą rozklekotane autobusy. Nie istnieje plan zagospodarowania, kilkunastopiętrowe bloki są przeplatane dwupiętrowymi domkami. Miasto jest zabudowane do granic wyobraźni, domy stłoczone, posesje malutkie, ogródki, jeśli istnieją, nawet poza centrum, to w miniaturze, parki można policzyć na palcach, każdy skrawek trawnika znajduje licznych amatorów obcowania z “przyrodą”. Z powodu zagęszczenia wykorzystuje się do maksimum każdą wolną przestrzeń, np. dachy. Suszy się na nich pranie, urządza tarasy, hoduje rośliny, służą także za wybieg dla zwierząt domowych. Za to komunikacją miejską można dojechać wszędzie i o każdej porze, jest mnóstwo kafejek, restauracji, pizzerii itp (niektóre na bakier z higieną i estetyką, inne czyste i piękne, o oryginalnych wnętrzach), ekskluzywne i eleganckie centra handlowe, a oprócz tego masa specjalistycznych sklepów i sklepików sprzedających dosłownie wszystko. Każda dzielnica ma setki własnych sklepików na rogu, gdzie sprzedawcy każdego znają, wiedzą co lubi i starają się realizować indywidualne zamówienia. W Polsce takie sklepiki już dawno zbankrutowały. A warzywniaka z BA już mi brakuje. Aby miasto nas nie przytłoczyło, należy oczywiście patrzeć pod nogi i uważać na psie kupy, ale się nie zrażać i urody miasta szukać w detalu.
Fauna Wszechobecna w dużych ilościach. Papugi Idę sobie pierwszego dnia pobytu ulicą i słyszę z drzewa coś jakby skrzek papugi. Zaglądać do góry trochę strach (szczególnie z otwartą ze zdziwienia buzią), bo na chodniku sporo ptasich odpadków. Mówię do Tomka: - chyba papugi on mi na to: - zmęczona jesteś, to ci się jakieś głupoty zwidują. Wyśpij się, bo białe myszki niedługo zobaczysz. Ptaki zleciały z drzewa i co?? Stadko papug nierozłączek. Tomek stwierdził, że teraz to się nie zdziwi jak małpę zobaczy. Kilku osobników na pośrednich stadiach ewolucji napotkaliśmy, ale prawdziwej małpy, jak na razie, nie.
Ptak szlifierka Jest koło nas dom i drzewo. Na drzewie drze się ptak, a właściciel domu bezustannie przeprowadza remontprzy pomocy wysokoobrotowej szlifierki. Tylko, że, hmm, wszyscy sąsiedzi notorycznie przeprowadzają remont i wszyscy wysokoobrotową piłą. No i duet ptak- szlifierka był za bardzo zgrany jak na zespół międzygatunkowy. Przyjrzeliśmy się lepiej i doszliśmy do wniosku ze to jakiś industrialny gatunek niby-słowika – najpierw chwilę ćwierka, potem wydaje przeciągły dźwięk zupełnie jak wysokoobrotowa piła. Na dłuższą metę męczące. Koty
Wszędzie i dużo, niektóre dają się głaskać. W ogrodzie botanicznym, do którego mieszkańcy BA wyrzucają swoje niechciane koty (często piękne, rasowe, przymilne), w godzinę spotkaliśmy co najmniej kilkadziesiąt. Spragnione pieszczot, no i jedzenia. Do torby chrupek kitekat momentalnie zbiegło się 10. Odwiedzający ogród nawet je dopieszczają, ale z chrupkami chyba przyszliśmy tylko my. Jeśli będziesz w BA, koniecznie zanieś kotom torbę żarcia. Wstęp do ogrodu botanicznego jest bezpłatny. Psy Szczególnie produkty przemiany materii. Trawników w BA prawie nie ma, a te, które są, są wykorzystane do maksimum. 10 kup na metr kwadratowy. A na dodatek niektóre fioletowe! Musiała być tu, oprócz psów, krowa milka. Na chodnikach tez należy zachować nieustanną czujność. Jak nie dziura to psia niespodzianka. Albo dziura z psią niespodzianką. Z milszych psich widoków można spotkać psich opiekunów z nawet kilkunastoma sztukami na smyczy. Jednym zdaniem: psów jest tu kupa. Z przewagą kupy. Karaluchy
Kolibry Podobno przylatują stadami do ogródka naszych gospodarzy w okresie kwitnienia roślin. Teraz próbujemy je zwabić za pomocą poidła dla kolibrów, ale na razie bezskutecznie. Aby skorzystać z poidła, należy wsadzić dziób w środek kwiatka.
Flora
Język
Transport Autobusy (Colectivos) W BA można poddać się prostemu testowi, który wykaże, czy jesteś gringo. Przestajesz być gringo w momencie, kiedy bez strachu wsiadasz do colectivo, czyli autobusu miejskiego. Kierowca rusza, kiedy jesteś dopiero na schodach, trzęsie okropnie (stan techniczny i pojazdów i dróg w kombinacji), wysiaść najlepiej szybko, żeby nie wyskakiwać w biegu. Ale nie to strach wzbudza. Gringo boją się , czy dojadą tam gdzie chcieli, czy do zupełnie innej części miasta. A to dlatego że: po pierwsze: jedna linia autobusowa (np. 152) może mieć nawet kilkanaście rożnych tras, trzeba przeczytać dodatkową informację przy numerze. Po drugie: autobus nigdy nie wraca tą samą trasą którą jechał w przeciwnym kierunku. Ponieważ większość ulic w BA jest jednokierunkowa, technicznie nie jest to możliwe. Trasa tam i z powrotem zgadza się tylko mniej więcej. Częściej mniej. Przystanki nie mają nazw, wszystkie są “na żądanie”, wiec jest niebywałą sztuką wysiąść we właściwym miejscu jeśli nie znamy miasta. Jedyny sposób to śledzić po drodze nazwy ulic z mapą w ręku. Rozkład jazdy nie istnieje. Czasem przez pół godziny nie ma żadnego autobusu danej linii, a potem jedzie pięć jednocześnie. Dosłownie jednocześnie, jeden za drugim. I ścigają się między przystankami. Kolejny problem dla gringo to zakup biletu. Zasada nr 1: nigdy nie pozbywaj się monet gdziekolwiek poza colectivo,monet w BA notorycznie brakuje. Nie masz monet – nie kupisz biletu – nie jedziesz. Sposobem na to jest często kupować pojedynczo drobne rzeczy, tak aby sprzedawca musiał wydać resztę – zawsze niechętnie - w monetach. I nigdy nie przyznawaj się, że masz drobne. W autobusach działa system czlowiek-maszyna. Należy powiedzieć kierowcy dokąd chcemy jechać (skrzyżowanie), a następnie wrzucić odpowiednią ilość monet do automatu za kierowcą. Cena zależy od trasy. Przed pierwszą przejażdżką staliśmy chwilę na przystanku i patrzyliśmy, jak to robią inni :). Jeśli wrzucimy zbyt dużo bardzo drobnych monet, automat może się zdenerwować i wypluć je z powrotem. Zaletą ogromną autobusów jest fakt, że jeżdżą przez całą dobę bez przerwy. Podróżują nimi całą noc bezpiecznie samotne kobiety, a nawet dzieci. Po jakimś czasie, o dziwo, gringo wsiada do colectivo bez lęku. Ale respekt pozostaje. I nie należy się go pozbywać.
Metro (Subte) Dość przyjazne, cena przejazdu zawsze ta sama, bramki przy wejściu jak w Warszawie (tylko bardziej zużyte:), system zakupu biletu przejrzysty, bilet kupuje się w kasie przy wejściu. Można przesiąść się bezpośrednio na inną linię korzystając z tego samego biletu. Na niektórych stacjach ściany są ozdobione pięknie malowanymi kafelkami. Niestety, metro nie dojeżdża wszędzie i przestaje kursować ok 23.00, czyli wcześniej, niż wychodzimy na milongę. Do słabych stron należy wentylacja, w lecie lepiej nie wsiadać, gorąco i zaduch potworny, dokładają się do tego wąskie perony i korytarze.
Kolejka
W BA jest sporo linii kolejek, jezdżą regularnie, szybko i bardzo hałaśliwie. Bilet kupuje się w kasie podając wyraźnie! nazwę stacji. Biletu należy strzec jak oka w głowie. Najpierw pan przy wejściu na peron robi w nim dziurkę albo dwie (jesteśmy pod wrażeniem tworzenia stanowisk pracy: na prawie pustym peronie trzech facetów przysypia przy bramce i raz na 10 min któryś dziurkuje zabłąkanemu pasażerowi bilet), później kolejny pan sprawdza bilety w pociągu a przy wysiadaniu jeszcze ze dwóch panów wykorzystane bilety zabiera. I bezrobocie znika! :). W inne z kolei dni cała stacja jest zupełnie pozbawiona obsługi. Jak ze wszystkim w BA: nie ma sensu doszukiwać się reguły.
W godzinach szczytu przy wsiadaniu na głównej stacji trzeba wykazać się inicjatywą i determinacją. Zdarzyło się na przykład, że pociąg podjeżdżał na peron dosyć wolno. Zanim się zatrzymał, wszyscy już dawno z niego wysiedli a większość oczekujących zdążyła wsiąść. Czyli masz wybór: albo wskakujesz jak głupi do jadącego pociągu, albo potem całą drogę stoisz – jak głupi. Często stosowaną metodą wsiadania jest tzw. metoda „od tyłu”, czyli z sąsiedniego peronu. Wczoraj kolejka zatrzymała się centralnie pod naszym oknem. Myślimy: pewnie się zepsuła (zdarzyło się już wcześniej). Nic bardziej mylnego. Maszynista spostrzegł po prostu leżąca przy torach bezpańską piłeczkę tenisową z pobliskiego kortu. Spokojnie kolejkę zatrzymał, wysiadł, trofeum podniósł, niespiesznie wrócił do lokomotywy i pociąg pojechał dalej :).
Co najdziwniejsze, wszystkie systemy komunikacji działają zadziwiająco sprawnie. Autobusy odjeżdżają bez opóźnień pomimo kolejki do człowiekomaszyny biletowej, nikt się nie przewraca usiłując trafić monetą do dziurki w jadącym i trzęsącym autobusie, nikt nie wypada z kolejki, chociaż lokalsi często podróżują na schodach dla ochłody, nikt nie wpada pod samochód chociaż kierowca czasem wypuszcza pasażerów z autobusu na środku drogi albo gdzie ma akurat miejsce. Taksówki Wszędzie i bardzo dużo. Wracając z milongi nie trzeba zamawiać, bo zwykle stoi kilka przy wyjściu. Jesteśmy twardzi i nie używamy. Nie ma to jak koloryt nocnego autobusu, które w porównaniu z warszawskimi są bardzo spokojne . Ruch drogowy ogólnie Wyłącznie dla lokalsów lub dla ludzi nie przywiązujących nadmiernej wagi do rzeczy materialnych (czyli swojego samochodu i zdrowia oraz życia). Pieszy znaczy tyle co nic. No, może tyle co inne ssaki, które widuje się rozjechane na środku drogi. Większy ma zawsze rację i pierwszeństwo. Światła niby są , przepisy ruchu są , ale np. pasy ruchu są wytyczone symbolicznie bo i tak każdy jedzie pośrodku albo ścina 4 pasy 2 metry przed skrętem. I nikogo to nie dziwi. Potrąbią sobie trochę i tyle. Argentyńczycy chyba lubią korki. W sumie fajnie sobie trochę postać w towarzystwie i potrąbić klaksonem. Wniosek, że je lubią, wyciągneliśmy z tego, że sami je tworzą. Notorycznie wjeżdżają na środek skrzyżowania jednoczenie z kilku stron, tak, że za chwilę żaden samochód nie może się ruszyć ani do przodu, ani do tyłu. Potem dziwne manewry, trochę trąbienia, cofania i... za minutę znowu tworzy się korek. Inną przyczyną utrudnień w ruchu samochodowym i pieszym są bardzo często spotykane w BA demonstracje uliczne. Ze względu na częstotliwość występowania nie robią one szczególnego wrażenia ani na mieszkańcach, ani na ekipie rządzącej. Pochodzą sobie, pokrzyczą i przestaną. Oprócz kilku głównych ulic w mieście wszystkie pozostałe są jednokierunkowe. Nawet jeśli mają szerokość 5 pasów. Dlaczego? Nie wiadomo. Może dla urozmaicenia. Dzięki temu nigdy nie da się nigdzie pojechać i wrócić tą samą drogą. Gdyby jakiś odważny (tu powiedzenie, że odwaga jest tożsama z głupotą nabiera nowego sensu) zdecydował się przemieszczać samochodem, należy uważać na autobusy. Są duże więc mogą więcej, wymuszają pierwszeństwo, wciskają się miedzy inne pojazdy na żyletkę. Gorzej jeśli zaczną rywalizować ze sobą. Oglądamy to wtedy na witrynie z wiadomościami w postaci dwóch colectivos wbitych zgodnie w witrynę sklepu, który miał nieszczęście stanąć im na drodze. Uważać należy też na innych kierowców. Naród to gorącokrwisty, krewki i narwany. Kierowca, który uznał, ze samochód przed nim jest zaparkowany nieprawidłowo (miejsce się marnuje!) próbował... przepchnąć go swoim zderzakiem :). Niestety ta sielanka chyba niedługo się skończy. Trwa właśnie rządowa kampania mająca na celu zaostrzenie i egzekwowanie przestrzegania przepisów. Mieszkańcy BA na razie nie biorą tego na poważnie, ale zdaje się, że będą musieli. Niedawno zaparkowany nieprawidłowo samochód naszych przyjaciół został, o zgrozo, odholowany. Szok był taki, że musieli się potem napić.
Telefony Pomiędzy polskimi i argentyńskimi sieciami nie działają smsy. Słyszałan także opinię, że działają, tylko trzeba wpisać jakąś tajemniczą kombinację cyfr. Skomplikowane to, a roaming, jak wiadomo, jest drogi, dlatego najlepiej zaopatrzyć się w telefon lokalny. Karty kupuje się w kiosku. Nie wystarczają na długo. Kilkuminutowa rozmowa (bliżej 2 minut niż 10) zeżarła mi ponad 10 $. Jest tu cała masa telefonów publicznych, często w jednym lokalu z kafejkami internetowymi, które też są dość liczne.
Handlarze uliczni To nazwa skrócona. Pełna powinna brzmieć “Strasznie upierdliwi handlarze wszędobylscy”. Oprócz ulic są w metrze i kolejkach. W autobusie by się przewrócili. Oczywiście drą się w niebogłosy i usiłują sprzedać szmelc wszelaki (naklejki z kotkami, kolorowe gumki, mocno wymięte batoniki) oraz żywność i napoje (wyciągane z lepiącej się lodówki lody, napoje, hotdogi czyli panchos, wpychając brudnymi łapami parówki do bułek). Ponieważ boimy się, ze nasza flora bakteryjna mogłaby przegrać w starciu bezpośrednim z lokalną, nie próbowaliśmy, więc nie będziemy się wypowiadać o walorach smakowych. Handlarze są wszechobecni ale nieszczególnie namolni. Marketing polega na położeniu potencjalnemu klientowi oferowanego produktu na kolanach aby miał czas mu się przyjrzeć i go zapragnąć (najlepiej skutkuje kombinacja dziecko – batonik), a następnie, jeśli nie wyrażasz chęci zakupu po prostu dobra owe zabierają i oferują kolejnym potencjalnym klientom. Skutek uboczny to widoczne zużycie towarów jeszcze przed sprzedażą. Pierwsze miejsce jednogłośnie przyznaliśmy panu , który chodzi po pociągu z wielkim koszem i wykrzykuje gromkim głosem (uwaga, zapis fonetyczny): /ciiiipa, ciiiiiiiiipa, ciiiipa/, a od czasu do czasu dorzuca na zachętę: Caliente! (gorąca!:). Niestety obiecanki cacanki, a kiedy wykażemy zainteresowanie ofertą, dostaniemy po prostu obwarzanka. Fakt, że z dziurką :). Poza handlarzami wszędobylscy są także żebracy, ale to już zupełnie inna, równie wyspecjalizowana, grupa zawodowa.
Zakupy Przydaje się hiszpański. Nawet w supermarkecie produkty maja opisy wyłącznie po hiszpańsku. Łatwo kupić coś niezamierzonego albo niejadalnego. Wszechobecne sklepy “U Chińczyka” mają przeważnie marne zaopatrzenie (są wyjątki). Całe szczęście jest tu też Carrefour. Ze sklepików lokalnych bardzo nam się podoba warzywniak. Na pierwszy rzut oka tutejsze owoce i warzywa wydają się jakieś niedorobione: nie są takie śliczne, plastikowe i jaskrawo kolorowe jak unijne. Są za to dojrzałe, słodkie i naturalne. Czasami tak słodkie, że nieprzyzwyczajeni nie dajemy rady zjeść więcej niż kilka sztuk. Mają tu także bardzo duży wybór świeżych ziół. Raj dla amatorów zakupów odzieżowych. Sklepów tysiące, wszystko bardzo kolorowe, ceny bardzo zróżnicowane, duże obniżki przy wyprzedażach. Każdy robi tutaj zakupy w obrębie własnego kwartału ulic. Każdy ma swój ukochany warzywniak, piekarnię, pralnię, winiarnię i za nic na świecie żadnego z tych sklepików by nie zdradził na rzecz jakiegoś obcego, podejrzanego przybytku dwie ulice dalej. Sprzedawcy znają klientów, przy zakupach opowiadają sobie nawzajem życiowe historie i wymieniają uprzejmości. Także mamy swój bliski sercu warzywniak, w którym sprzedawcy (trzech miłych panów i przemiły staruszek przy kasie) nauczyli mnie nazw wszelkiego zielska jakie oferują, więc nie muszę już pokazywać palcem :).
Trochę o produktach spożywczych: Wino (vino) Tanie. I dobre. Oczywiście nie każde. Robiliśmy doświadczenia naukowe na ludziach jak nisko można zejść w kwestii ceny i przeżyć. Wymiękliśmy przy winie za 4 peso. Niby elegancka butelka ale w środku kwas. Jak to zwykle bywa przy okazji doświadczeń dokonaliśmy przełomowego odkrycia. Wino dowolnie kiepskiej jakości (nie sprawdzaliśmy poniżej 4$) zmieszane z napojem o nazwie Terma (coś jakby tonik ziołowy o intensywnym smaku) zamienia się w napój do złudzenia przypominający Martini. Mieszać należy w proporcjach pół na pół. Piwo (cerveza) W butelkach litrowych. Jakby wiedzieli, ze Tomek tu przyjedzie :). Śmiało można próbować lokalnych marek, dobre, szczególnie Quilmes. Kaucja za butelkę stanowi ponad 50% ceny piwa. Butelki nasi gospodarze przekazują potem bezdomnym. Dulce de leche Krówki w płynie, w sumie nie w płynie, ale o konsystencji toffi. Kto lubi krówki, będzie lubił i to. Można zjeść samo, ale my dodajemy do kawy. Super. Kiedy Argentyńczycy usłyszeli o pomyśle dodania dulce do kawy, wykazali lekkie zgorszenie, ale w sumie stwierdzili, że trzeba spróbować. Mieszkańcy BA są bardzo konserwatywni i wierni swoim przyzwyczajeniom. Pewne rzeczy się robi, innych nie. Niektóre produkty się ze sobą łączy, innych nie. Np. do potraw z grilla nadaje się wyłącznie ensalada mixta: pomidor, cebula, sałata. Każdy inny składnik jest zdradą rytuału i całkowicie nie na miejscu. Dodatkowo obowiązuje segregacja płciowa: faceci przygotowują asado (grill) a kobiety sałatkę. Serek ricotta Ulepszona wersja rodzimego białego sera. Z przykrych wiadomości odnośnie nabiału: nie występuje jogurt naturalny, zwykły biały ser, kefir. Najstarsi mieszkańcy podobno widzieli, ale nie pamiętają gdzie. Pieczywo Najlepiej w lokalnych piekarniach. Ogromny wybór głównie rzeczy słodkich. Medialunas, czyli półksiężyce, czyli rogaliki z rozmaitym nadzieniem, drożdżówki jak wyżej, tarty i inne ciastka. Trudniej o pieczywo kanapkowe. U Chińczyka jadalne jest nieliczne, ale po wielu próbach i błędach można trafić na rewelacyjne. Dobrze sprawdził się Carrefour (zaczyna to wyglądać na brand placement:). Świeże makarony Ta świeżość to głównie w nazwie, bo mają ważność ok. 2 miesięcy, wiec muszą być sztywne od konserwantów. Niemniej jest to nieugotowane ciasto, czasem z nadzieniem, przypominające makaron babciny. Bardzo dobre.
Tak zwane zwiedzanie Cmentarz Recoletta
Ogród botaniczny (Jardin Botanico)
Plac Majowy (Plaza de Mayo)
Głupio nie zobaczyć. Jest tu słynny budynek Casa Rosada (Różowy Dom), czyli pałac prezydencki, który najlepiej można scharakteryzować mówiąc, że jest różowy. Plac estetyczny, można usiąść przy fontannie.
Obelisk (Obelisco)
Florida
Avenida 9 de Julio
Baardzo szeroka ulica.
Chińska dzielnica (Barrio Chino) Najbardziej egzotyczny jest tu towar w supermarkecie. Większość opisana krzaczkami, więc nawet nie wiemy co to jest. Przede wszystkim masa kandyzowanego wszystkiego. Na przykład kandyzowany kurczak. A może inne ptaszysko. Sporo owoców morza i ryb, niektóre jak z najgorszych koszmarów, np. ryba wyglądająca na głębinową, z wąsami - czułkami w paski, dłuższymi od samej ryby. Niedobrze mi się zrobiło od samego patrzenia. Oczywiście ryba znajduje się w dziale spożywczym. Sporo warzyw, jakich nigdy wcześniej nie widzieliśmy, soki z egzotycznych owoców i niezliczone ilości kolorowego nie wiadomo czego. Liczne sklepiki z pamiątkami, wachlarzami, olejkami zapachowymi, kadzidłami, można kupić kimono lub kapelusz chińskiego wieśniaka. W restauracji, którą odwiedziliśmy, menu nas nie zachwyciło, wszystko pływa w sosie sojowym a dania są mało urozmaicone. Jedyne warzywa, jakich używają, to burak naciowy (acelga) i kiełki soi. Chyba, że zamówimy coś z menu specjalnego (prawie niemożliwe, bo występuje tylko w chińskiej wersji językowej). Wtedy z talerza patrzą na nas liczne oczy i machają czułki.
Puerto Madero Kto zatęskni za Europą, powinien wybrać się do Puerto Madero. Jest to dzielnica bogata, czysta, estetyczna, wyspa zachodnioeuropejskiej cywilizacji w BA. Znajduje się tam także słynny most Puente de la Mujer (poniżej).
Nadrzeczny rezerwat przyrody (Reserva Ecologica Costanera Sur) Jeśli zmęczy nas miasto, godny polecenia jest spacer alejkami rezerwatu. Jest to kawałek ziemi pozostawionej samej sobie, rosną tu głównie ogromne trawy i palmy. Można wypożyczyć rower.
Targ staroci w San Telmo (Mercado de San Telmo)
La Boca i Caminito
Ludzie Bardzo mili, wyrozumiali i pomocni. Zgodnie pilnują, żeby turysta przeżył spotkanie z obcą cywilizacją i jeszcze miło to wspominał. Chętnie udzielają wszelkich informacji, jeśli zapytasz w autobusie gdzie wysiąść, 10 osób będzie pilnowało, żebyś na pewno wysiadł dobrze, na poczcie oddadzą swój numerek i wypchną w odpowiednim momencie do okienka (oczywiście wyświetlacz nie działa :). Kiedy przystanęliśmy na ulicy z mapą, momentalnie przechodzący pan zapytał, czy potrzebujemy pomocy. Mają tylko kłopoty ze zrozumieniem, że nie wszyscy znają dobrze hiszpański i nawijają po swojemu, znaczy szybko i niewyraźnie. Chętnie jednak powtórzą wszystko 5 razy. W tym samym tempie :).
Bezpieczeństwo Z naszych obserwacji i doświadczeń wynika, że jest bezpiecznie. Plątaliśmy się po całym mieście o każdej porze doby, autobusami, piechotą, szerokimi i wąskimi ulicami, w centrum i po prowincji i nie mieliśmy najmniejszych kłopotów. Można spotkać w nocy samotnie podróżujące colectivo kobiety, licznych przechodniów, dorosłych, często z dziećmi i młodzież. Nie ma tu w miejscach publicznych pijanych ludzi. Bezdomni czasem śpią pod sklepami, ale nie zaczepiają nikogo. Miasto w nocy sprawia trochę nieprzyjemne wrażenie, jest brudne i niedoświetlone, więc dziewczyny mogą nie czuć się zbyt komfortowo, jednak większość z czasem przekonuje się do samotnego zwiedzania miasta bez użycia taksówki. Słyszeliśmy kilka mrożących krew w żyłach opowieści o napadach (także na Polaków), jednak to może się zdarzyć wszędzie. Jak przy każdej podróży, szczególnie do krajów biedniejszych lub o dużym rozwarstwieniu społecznym rozsądnie jest mieć oczy otwarte i stosować kilka najprostszych zasad bezpieczeństwa. Jesteś potencjalnym prawdopodobnym celem napadu jeśli: nadmiernie wyróżniasz się z tłumu, masz na sobie ubranie bądź biżuterię o wartości kilku średnich krajowych, wyglądający na drogi sprzęt typu telefon lub aparat, wysiadasz z dobrego samochodu lub taksówki, zachowujesz się ostentacyjnie i zwracasz na siebie nadmierną uwagę. Oczywiście skrajną głupotą jest np. noszenie pieniędzy w zewnętrznej kieszeni plecaka, szczególnie w metrze, noszenie przy sobie dużej ilości gotówki, niemiłe zachowanie wobec tubylców, zaglądanie w nieprzyjaźnie wyglądające bramy i zaułki, pozostawianie rowerów bez zabezpieczenia. No i oczywiście w grupie (choćby dwuosobowej, nas jest dwóch, a oni sami) zawsze raźniej.
Na koniec najważniejsze, czyli oczywiście o tangu Nie jest wszechobecne, ale rzuca się w oczy. Na ulicy Florida można zobaczyć uliczny pokaz (dla tańczących nic ciekawego, poziom marny, i taneczny i artystyczny). Dużo lepsze pokazy (na zewnątrz restauracji, do kotleta) są w turystycznej części dzielnicy La Boca. W sklepach muzycznych często tango słychać i w sumie jeśli nie szukamy specjalnie to by było na tyle. A teraz dla tych, którzy szukają:
Lekcje grupowe
DNI ****** Corrientes 2140 Bulnes 1011/13 Szkołę prowadzą Pablo Villarraza i Dana Frigoli, technika lekko poza głównym nurtem tanga, ale da się połączyć z innymi stylami. Widać wpływ tańca współczesnego bardzo fajnie zmiksowanego z tangiem. Materiał dozowany oszczędnie, ale przerobiony porządnie. Podejście do klienta profesjonalne, nigdy nie odwołują zajęć, w razie konieczności (częstej w BA) zawsze organizują zastępstwo. Atmosfera tak przyjazna, że aż zaczęliśmy się zastanawiać, czy to polityka firmy, żeby obcałowywać każdego – może ma mało pieszczot w życiu i przyjdzie jeszcze raz – ale coraz bardziej skłaniamy się ku wrażeniu, ze są to po prostu bardzo mili ludzie – cała ekipa. Tomek się wycałował z facetami za całe życie. Ale chyba mu się spodobało :) Na praktice najbardziej alternatywna muzyka w całym BA, formuła praktiki: wolna amerykanka, instruktorzy się nie wtrącają i nie interweniują. Za to my zdobyliśmy przypadkiem uczniów w postaci amerykańskiej pary chcącej nauczyć się colgad (czyli, jak to określili “takie duże planeo, które zrobiliście 2 razy: :) Ceny: 18 $ za zajęcia (1 lub 1,5 godz)
Tangocool ****** Cordoba 5064 Zajęcia prowadzi Gabriel Glagowsky i Maria Ybarra, lekcje odbywają się w Villa Malcolm. Poszliśmy trochę na chybił trafił i okazało się ze metoda wyboru instruktorów ze względu na miejsce w którym uczą się sprawdziła. Masa materiału, podejście indywidualne, poziom instruktora bardzo wysoki – rusza się lepiej niż dziewczyny! Ceny: 20$ za 2 godzinną lekcję i praktikę włącznie. Na praktice pokazy instruktorów i mistrzów.
Mariano Chicho Frumboli */****** (zależy jak się trafi) Na samym początku podpadł nam strasznie. Na jego stronie (niby uaktualnionej) są nieaktualne informacje o kursach. Przejechaliśmy pół miasta i zastaliśmy lokal w remoncie z niekumatym recepcjonistą. Od innych słyszeliśmy, że też się nacięli – instruktor gwiazda nie pojawił się na zajęciach. Z kolei w Praktice X Chicho i Juana pojawili się i to nawet na czas, nie dotarli z kolei Julio Balmaceda i Corina de la Rosa. Temat lekcji Chicho niezbyt nam podszedł (za łatwe było), ale sposób uczenia podobał nam się bardzo. Wszystko spójne, konkretne i łączące się w całość.
Wnioski ogólne odnośnie instruktorów (dotyczą nie tylko Chicho i Julio Balmacedy): o ile nie mamy naprawdę sprawdzonych informacji z pierwszej ręki, które najlepiej jeszcze potwierdzić tak z godzinę przed zajęciami, i nie chcemy się najeździć bez sensu, najlepiej wybierać renomowane szkoły i instruktorów na stałe związanych z konkretnym miejscem. Instruktorzy “z doskoku”, wolne ptaki – dziś tu, jutro tam, pojutrze nie wiadomo gdzie, tu salka na godzinę tam jakieś warsztaty – można lepiej wykorzystać czas niż telepiąc się autobusem z nadzieją, że możne dziś się uda i gwiazda się łaskawie zjawi. Szkoła to nie tylko ludzie, to także miejsce. Np. jeśli z jakiegoś powodu nie ma Pabla albo Dany, zajęcia zawsze się odbywają pod kierunkiem innych instruktorów ze szkoły.
Tango Escuela Carlos Copello * Anchorena 575 Byłam tam 2 razy. Pierwszy i ostatni. Zajęcia w śmierdzącej sali bez wentylacji z krzywą i dziurawą podłogą. Dodam, że były to zajęcia z techniki. Same zajęcia też mi nie podeszły, ale to już sprawa indywidualna. Prowadząca była bardzo miła i widać że się starała Gdyby nie to, że były tylko 3 osoby, ulotniłabym się po angielsku. Jakoś wytrzymałam do końca zajęć, ale nie należało to do przyjemności. Cena 18$ za lekcje, czyli jak na stawki w BA sporo.
Tango Brujo Esmeralda 754 Miejsce ładne, sale estetyczne, podłogę można by wyrównać ale da się tańczyć. Kilkanaście lekcji w tygodniu, rożni instruktorzy, poziom najwyższych grup przeważnie ledwo średniozaawansowany, u nielicznych instruktorów wyższy. Techniki na poziomie bardzo początkującym. Nie jest to szkoła w pełnym znaczeniu tego słowa. Uczą tu po prostu różni instruktorzy bez odgórnej koordynacji. Nie mają wspólnego stylu ani metod uczenia. Poziom zajęć jest losowy. 15$ za lekcję, dużo taniej w karnetach.
Nauczyciele Tango Brujo (uczą tez w innych miejscach)
Alejandro (Lucho) Lucero i Cecilia Piccinni Lekcja ok, tylko poziom określany jako średniozaawansowany/zaawansowany (najwyższy z oferowanych w szkole) okazał się ledwo średni (oczywiście porównuję poziom grup do Akademii Tańca Tomka Potockiego) Sposób uczenia nam się podobał.
Raul Masciocchi i Corina Herrera Lekcje na przyzwoitym poziomie dostosowanym do grupy. Jeśli trafi się grupa porządna, prowadzący utrudnia figury, aż wszyscy wymiękną. Sprawiał wrażenie nieprzygotowanego do zajęć, ale nadrabiał inwencją.
Bruno Tombari **** Fajne zajęcia głównie na temat struktury tanga z praktycznym zastosowaniem. Jak dla nas trochę przegadane. Najmocniejsza strona Bruno to swobodny, lekki i urozmaicony ruch. Nie robi skomplikowanych figur, ale cały czas coś się dzieje na parkiecie.
Buty
Ogólnie w BA wszelkie ściemnianie jest w dobrym tonie. Jest to pewnego rodzaju sztuka, coś jak np. retoryka. Jakoś nie lubią tu mówić, że czegoś się nie da zrobić, albo że im się nie chce. Wszystko się da i wszystko jest możliwe. Oczywiście nie oznacza to bynajmniej, że zamierzają choćby kiwnąć palcem. Milongi:
La Calesita **** Comodoro Rivadavia, 1350 Daleko od centrum ale blisko od nas :) Milonga na świeżym powietrzu, w parku, muzyka ok, atmosfera miła, wstęp 15 $. Tylko w miesiącach letnich.
La Glorieta ** 11 de Septiembre & Echeverria (Barrancas del Belgrano) Druga i jedyna oprócz Calesity milonga na powietrzu, w pięknym miejscu w niewielkiej rotundzie w parku. Tylko ze muza nudna i jednostajna, i tłok. Kolejny mankament to brak WC. Na milongę wjazd free ale szkoda czasu.
La Viruta ****** (środa, czwartek niedziela)/* (piątek sobota) Armenia 1366
Start o północy, ale najlepiej przyjść ze 2 godziny później. Im bliżej do rana tym lepszy poziom na parkiecie no i więcej miejsca. Atmosfera swobodna, średnia wieku relatywnie niska, muzyka dobra (nawet sporo elektroniki!). Czasem trafi się DJ eksperymentator i muza jest złożona bez ładu i składu, ale nigdy nie trafiliśmy na monotonną. Jeśli ktoś uważa się za dobrego tancerza jest w dobrym tonie walczyć o miejsce na parkiecie bez skrupułów, rozbijać się ile wlezie, pędzić taranem na inne pary i hamować w ostatnim momencie, ale trzymać się okręgu i zewnętrznej strony. Wypadków nie zanotowano. Na tańczących miło popatrzeć, wszyscy poruszają się dynamicznie, snujące się marudy i zawalidrogi znikają w miarę rozwoju imprezy. Kto z kim tańczy zależy, zupełnie jak w Polsce, od konfiguracji towarzyskiej. Instruktorzy i tangowa śmietanka trzymają się w swoim gronie, ładne samotne dziewczyny maja wzięcie, z powodów myślę że tych samych co u nas, niewiele mających z tangiem wspólnego, znajomości zawarte na kursach owocują na milongach, instruktorzy obtańcowują swoje uczennice. Proszenie wzrokiem mało popularne (jak na wszystkich mniej oficjalnych milongach, gdzie utrudnia to przyciemnione światło), raczej na desant. Wystrój klubowo dyskotekowy w wersji oszczędnej :). Klimatyzacja chłodzi aż za mocno. Fajne miejsce na środę i niedzielę, w piątek zamienia się w horror turystyczny z potwornym tłokiem i tłumami początkujących, którzy zostali po lekcji dla turystów. W czwartek i piątek pokazy i koncerty. Wjazd 15 - 18$
Villa Malcolm ****** Cordoba 5064 Imprezy nazywają się praktikami (start 23.00), ale jedyna różnica to brak cortin i luźniejsza atmosfera. W zależności od dnia tygodnia milongę organizują rożne ekipy, ale różnica jest niewielka. Jest barek, wentylacja aż rozwiewa włosy, dużo młodych ludzi, dobre nagłośnienie, pojawiają się znani instruktorzy. Wystrój podrasowanego domu kultury, ale to tutaj raczej norma. Zresztą Villa Malcolm to jest dom kultury. Wjazd 8 $, - dobrze wydane 8 $. Jeśli idziemy wcześniej na lekcję, za 20$ mamy 2 godziny zajęć, praktikę najczęściej z pokazem (instruktorów lub sław, w czasie naszego pobytu tańczyli np. Pablo Inza i Eugenia Parilla). Tangowy raj ;)
Salon Canning ** Scalabrini Ortiz 1331 Wytrzymaliśmy godzinę. Park sztywnych. Muzyka monotonna, nie słychać jej poza parkietem. No dobra, milongi i walce były ok – nawet zatańczyliśmy. I o mało nie połamałam nowych obcasów na dziurach w najlepszym ponoć parkiecie w BA. Atmosfera bardzo formalna, przy wejściu trzeba czekać aż pan przydzieli stolik. Parkiet za mały w stosunku do ilości stolików: 3 rzędy dookoła niewielkiego kwadratu. Tłok, bardzo jasne oświetlenie sali, klimatu jakiegokolwiek zero. Jak tylko trafiła nam się podwózka do domu skorzystaliśmy z wdzięcznością podwójną. Po wizycie w tym miejscu stanowczo odmówiliśmy odwiedzania wszelkich milong mających opinię tradycyjnych, nawet w celach czysto poznawczych. Wakacje są dla przyjemności i nie ma co się samemu torturować. Lokalni milongueros też nie lubią tej imprezy, ale to dlatego, że uważają ją za turystyczną. Krążą także pogłoski, że jest to mekka Portenos polujących na turystki, które przyjechały do BA w celach seksualnych :) Wstęp 18$, ceny w barze przyzwoite.
Practica X ****** Humboldt 1464 Ogromna sala, wystrój nowoczesny i zarazem estetyczny (rzadkość w BA). Klimatyzacja porządna. Muzyka raczej tradycyjna. Bywalcy w dużej mierze ci sami co w La Viruta i Villa Malcolm, na parkiecie, tez identycznie jak w dwóch wcześniej wymienionych miejscach, głównie nuevo, średnia wieku relatywnie niska. 20 $ za lekcje i praktikę z pokazem włącznie.
Loca! ***** Niceto Vega 5248
Tango w Palermo
Odnośnie wszystkich milong bez wyjątku:
Na koniec serdeczne podziękowania dla naszych gospodarzy w BA, Aishy i Victora, z których gościnności z prawdziwą przyjemnością korzystaliśmy, podobnie jak dziesiątki Polaków i chyba już setki tancerzy z całego świata. Ich polsko – argentynski dom stanowi uosobienie gościnności. Aisha pochodzi z Polski, Victor jest Argentyńczykiem, ale ma już Polski paszport, jest więc także Polakiem. Rzadko można usłyszeć coś bardziej ujmującego, niż zdanie wypowiedziane przez Victora poprawiającą się z dnia na dzień polszczyzną „Mój dom jest twój dom”. Wykorzystywanie treści bądź ilustracji w całości lub w części wyłącznie po uzyskaniu zgody właściciela strony www.tango-argentino.pl. |















































